W 2011 roku wspaniałomyślna inicjatywa Unii Europejskiej która w celu ochrony branży farmaceutycznej i rozszerzenia strefy jej wpływów, nagle uznaje wszelkie środki ziołowe za niedozwolone do stosowania, delegalizując setki naturalnych ziół leczniczych stosowanych w Europie od pokoleń. Ma to uchronić konsumentów przed „niebezpiecznymi” tradycyjnymi metodami leczenia.

W Unii Europejskiej zioła i ich preparaty będą musiały spełniać szereg kryteriów bezpieczeństwa, których zapewne nie będzie w stanie spełnić 99% procent producentów leków ziołowych. Stąd też, zwolni się ogromne miejsce na rynku dla leków syntetycznych lobby farmaceutycznego.

Obecnie przyjmuje się, że około 34 % osób przynajmniej raz roku stosowało powszechne preparaty ziołowe takie jak echinacea (na przeziębienia), dziurawiec ( depresja, niepokój) i waleriany stosowane przy bezsenności.

Dla nowych preparatów wymagane są nowe i skomplikowane procedury rejestracyjne, a producent musi udowodnić, iż zioło zawarte w preparacie skierowane jest przeciwko określonej jednostce chorobowej.

Jednak w całym tym chaosie i dezinformacji oraz płynącego reżimu jedna informacja jest bardzo pocieszająca, Unia Europejska nie zabroni nam wybrać się do miejsc gdzie możemy sami ręcznie te zioła zebrać. Choć tyle wolności pozostawiają tym którzy sami chcą decydować o tym która metoda leczenia jest dla nich odpowiednia.